Taa, to mój pierwszy wpis...
Wszelkie błędy mi wypominać, błagam ;_; Pierwszy raz piszę tego typu opowiadanie...
Miłego czytania i mam nadzieję, że się spodoba C":
- Kaaaaaaai! - zawyło rozpaczliwie przerośnięte dziecko.
- Co jest? - pojawiłem się w drzwiach i spojrzałem na kolorowowłosego.
Nachylał się nad szufladą, widocznie w niej czegoś szukając.
- Nie mogę znaleźć kolczyka! - pożalił mi się.
Westchnąłem ciężko i pomogłem mu szukać. Jakieś pół godziny przetrząsania pokoju później, wyłoniłem się spod łóżka.
- Miyavi... Musisz zrobić porządek pod łóżkiem - oznajmiłem trzymając w ręku zgubę kochanka.
Solista rzucił się na mnie z wyszczerzem przewracając nas na podłogę.
- Arigato! Kochany jesteś! - cmoknał mnie w policzek i zabrał kolczyk.
Zaśmiałem się krótko. Moje wyrośnięte dziecko... No nic, niedługo wyjeżdża w trasę i muszę go spakować.
Niechętnie
wyślizgnąłem się spod Myva i zajrzałem do szafy poszukując walizek.
Czułem na sobie jego natarczywe spojrzenie. Odwróciłem się do solisty.
- No co chcesz? - spytałem patrząc prosto w jego brązowe oczy.
- Będę za tobą tęsknić, Kai... - podszedł do mnie i mocno przytulił.
- Myv, to tylko pare miesięcy, szybko minie... zobaczysz - powiedziałem, samemu chcąc uwierzyć we własne słowa.
Wtuliłem się mocno w jego tors, lecz nie na długo. Wróciłem do pakowania swojego kochanka.
Westchnąłem
ciężko, gdy po paru godzinach domknąłem drugą, a zarazem ostatnią,
walizkę Miyaviego. Kolorowowłosy bez słowa przewrócił mnie na łóżko,
siadając przy tym w rozkroku na moich biodrach. Jego chłodna dłoń
powędrowała pod mój biały t-shirt, by po chwili go ze mnie zdjąć. Nie
pozostając mu dłużny, bardziej zerwałem niż zdjąłem z niego koszulkę,
jednocześnie przewracając go pod siebie. Podczas gdy solista rozpinał
moje spodnie, ja składałem na jego szyi i obojczykach mokre pocałunki.
Po chwili znów znalazłem się pod Meevem. I wtedy usłyszeliśmy dzwonek
telefonu, który bezczelnie przerwał nasz "taniec".
- Tak, tak, już idę... - odezwał się po niedługiej chwili do telefonu.
Wstał,
rozłączając się i odszukał wzrokiem górną część swojej garderoby.
Założył koszulkę, sięgnął po walizki i spojrzał na mnie, leżącego w
takiej samej pozycji, w jakiej mnie zostawił.
- Kai, czekaj na mnie, dobrze?... - uśmiechnął się pogodnie. W jego oczach było jednak coś, co wzbudzało we mnie niepokój.
-
Tak, obiecuję - odwzajemniłem uśmiech podchodząc do solisty. Cmoknąłem
go delikatnie w usta i popchnąłem do drzwi - Miłej drogi, uważaj na
siebie...
- Ty też na siebie uważaj, skarbie - odpowiedział rzucając mi krótkie przepełnione miłością i smutkiem spojrzenie.
Oparłem
się o zamknięte drzwi. Co ja będę robił przez te tygodnie? Że też Meev
musiał wyjechac teraz, gdy zespół ma wolne... Westchnąłem zsuwając się
po drzwiach i siadając na podłodze pod nimi. Spojrzałem na zegar wszący
na ścianie na końcu holu, w którym się znajdowałem. 17:53. Miyavi od
ponad pół godziny był w drodze, a ja siedziałem pod tymi drzwiami i
skulony kiwałem się w przód i w tył niczym dziecko z chorobą sierocą. W
końcu jednak zebrałem się w sobie i i poszedłem do sypialni Miyaviego,
chcąc trochę sprzątnąć. Tak, mieszkaliśmy razem, ale mieliśmy oddzielne
pokoje. Sam nie wiem dlaczego, bo zawsze spaliśmy w jednym łóżku.
~*~
Minął
ledwie miesiąc, a ja nie wytrzymywałem bez ukochanego. Tęsknota za tym
wariatem drastycznie wpływała na moją grę. Byłem rozkojarzony, przez co
myliłem rytm i cały utwór poszedł się jebać.
- Dobra, koniec...
Gomen, chłopaki... - odezwałem się cicho, gdy stwierdziłem, że z
dzisiejszej próby nic nie wyjdzie. Szybko się zebraliśmy i rozeszliśmy
po swoich domach. Gdy tylko dotarłem do swojego przestronnego
mieszkanka, zadzwonił mój telefon. Spojrzałem z nadzieją na wyświetlacz,
jednak po chwili zastąpiło ją dziwienie i niepokój. Po co miałby
dzwonić do mnie manager Miyaviego? Może coś się wydarzyło? Odebrałem
telefon z narastającym niepokojem.
- Halo? - odezwałem się.
-
Kai... - zaczął mężczyzna - Chodzi o Miyaviego. Miał wypadek, lekarze
nie dają mu żadnych szans... Przykro mi... - mówił cicho, jakby ze
strachem. Drżącą dłonią rozłączyłem się i odłożyłem komórkę na stół. W
głowie wciąż rozbrzmiewały mi słowa managera. Trawiłem je, wszystkie
naraz, każde osobno. Czułem się, jakby cały mój świat, którego sensem
był solista, rozpadł się na drobne kawałki. Osunąłem się po ścianie
wciąż nie mogąc uwierzyć, że osoba, którą kochałem nad życie już nie
wróci.
Pare kolejnych tygodni spędziłem w domu, uporczywie wpatrując
się w telewizor i próbując odgonić od siebie wszelkie myśli. Ktoś znów
pukał do drzwi, a ja znów nie otworzyłem. Ta sytuacja powtarzała się
codziennie, od telefonu managera kolorowowłosego. Wstałem i poczłapałem
do łazienki. Gdy już się w niej znalazłem, spojrzałem w lustro.
Podkrążone i zapuchnięte od płaczu i nieprzespanych nocy oczy, blada
cera i włosy w nieładzie. Przez te pare tygodni w ogóle o siebie nie
dbałem. Nie miałem dla kogo.. Spojrzałem na żyletkę leżącą na brzegu
umywalki i wziąłem ją do ręki. Przyłożyłem ostrą stroną do żyły i
wykonałem płytkie cięcie. Po chwili zrobiłem drugie i trzecie, patrząc
jak szkarłatna krew wypływa z tętnicy i spływa po moim nadgarstku.
Upadłem, a ostatnim co zobaczyłem było zaniepokojone spojrzenie Rukiego,
który krzyczał coś do mnie i reszty zespołu. Nie słyszałem go...
Nie wiem, co w tym jest takiego co lubię, ale to chyba styl, którym jest napisany, że mogę to czytać 24 na dobę i mi się nie znudzi. Po prostu te opowiadanie mi się cholernie podoba. A rzadko się zdarza, że polubię opowiadanie z ta parką. A to lubię. Dobra robota, pisz dalej. Błędów nie wyłapałam, bo nie było nic oczojebnego, więc raczej jest dobrze.
OdpowiedzUsuń